Pieniądze i rewolucja - czyli: jak się to robi?

  Odkąd wynaleziono pieniądze ich posiadacze wiedzą, że nie wolno środków płatniczych trzymać w worku czy innej skrzynce tylko muszą pracować i się rozmnażać. Innymi słowy trzeba je inwestować aby otrzymać zwrot z zyskiem. A w co inwestować żeby mieć zysk? No w działalność, która nam rzeczony zysk przyniesie.
 Odkąd pojawiły się na świecie ruchy dążących do zmian wiadomo, że do prowadzenia działalności politycznej są potrzebne, parafrazując powiedzenie Napoleona o prowadzeniu wojny, trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze.

No bo żeby mieć czas na prowadzenie działalności trzeba mieć środki do życia – pieniądze.

Na sporządzenie jakichś na przykład ulotek trzeba mieć papier, coś do drukowania albo do pisania.

Trochę pozbiera się po śmietnikach ale kto będzie czytał ulotki pisane na odwrocie starych dokumentów? Kto takie ulotki poważnie potraktuje? Musi się kupić papier i zapłacić za niego. Trzeba to jakoś rozmnożyć. Kopiowanie też kosztuje. Trzeba je rozpowszechnić. Samemu wiele się nie narozdaje i nie porozlepia. Dzieciom, którym można to tanio zlecić trzeba chociaż by lizaka dać. Też kosztuje i też trzeba za niego zapłacić. Pieniędzmi.

Im dalej tym drożej. Skądś trzeba brać środki. Swoich raczej nie wystarczy tym bardziej, że osoby biorące się za działalność rewolucyjną skierowaną na dokonanie zmian do zadowolonych z otaczającej je rzeczywistości nie należą, co najczęściej wynika z ich sytuacji materialnej pozostawiającej wiele do życzenia. I właśnie swoją sytuację materialną najchętniej by zmieniły.

Jak wiadomo rzeczywistość, która nas otacza ma jedną cechę. Wszyscy wiemy jak jest i albo nam się podoba albo nie. Nikt, albo raczej mało kto wie jak by było jak będzie inaczej. Zadaniem rewolucjonisty jest przekonanie wszystkich, którzy się dadzą przekonać, że „inaczej” to będzie dla wszystkich albo natychmiast, albo za trochę lepiej. Żeby mógł dokonać stosownych zmian w poglądach otaczającego go środowiska musi wykonać stosowną pracę mającą na celu wprowadzenie zmian w świadomości ogółu. A do tego są potrzebne środki finansowe. Ci, którzy zdecydują się na finansowanie takiej działalności – stosowną inwestycję, muszą widzieć w zmianach, do których działalność rewolucjonisty doprowadzi dobry dla siebie interes. Czyli zwrot musi przekraczać w znacznym stopniu zainwestowane środki.

Jak wiadomo ze starego kawału kto dziewczynę karmi ten ją i tańczy. Z rewolucjonistami jest dokładnie tak samo.

Sponsor w stosownym czasie zażąda rozliczenia w wygodnej dla siebie formie. I oczekiwania, że przy inwestycji niosącej tak wysoki stopień ryzyka kwota zwrotu będzie powiększona o jedyne 20 czy 50 procent jest delikatnie mówiąc naiwnością. To będzie 1000% i więcej. A w jakiej formie?

Otwarcie rynku dla produkowanych przez sponsora towarów i świadczonych usług na przykład bankowych lub ubezpieczeniowych w nie najwyższym gatunku, udzielenie koncesji na eksploatację złóż bogactw naturalnych lub ludzi, zaprzestanie własnej, konkurencyjnej produkcji, popieranie polityki w organizacjach międzynarodowych, pomoc w awanturach militarnych, etc. Listę można ciągnąc w nieskończoność. Jest ona zresztą aktualizowana w miarę potrzeb sponsora już bez uzgadnianiem z rewolucjonistą.

I rewolucjonista, który zazwyczaj brał bo mu się wydawało, że jego idee czasami nawet nie jego tylko podpowiedziane, popiera wielki „przyjaciel” z dobrego serca bo są takie wspaniałe budzi się z ręką w naczyniu pod łóżkiem. Ale jest za późno na żale. Już się wzięło. To dokładnie jak pożyczka od mafii. Udzielamy kredytu w 15 minut bez BIK-u i zabezpieczeń.

Druga części zdania: „a oddasz jeszcze prędzej i znacznie więcej” pozostaje niedopowiedziasna.

Samo branie pieniędzy i to najczęściej w formie gotówki, o udokumentowanie takiego zjawiska „kredytodawca” postara się w różnych formach, jest pospolitym przestępstwem przeciwko skarbowi państwa ściganym jak kula ziemska długa i szeroka. Jest zatem poważny hak na rewolucjonistę. Zbiera się takie haki skwapliwie wszędzie i w każdej ilości. Jak się współobywatele dowiedzą ile rewolucjonista wziął za polepszanie ich życia we własnym kraju i porównają z tym co w rezultacie sponsorowanej działalności dostali to im mózgi zakipią i gotowi wyrazić mu wdzięczność. A udzielanie azylu takiemu skompromitowanemu działaczowi nie koniecznie leży w planach sponsora. Po co sobie ręce brudzić i opinie szargać. To teraz trzeba tańczyć jak do niedawna hojny sponsora zagra. Nawet jak ma się kulawą nogę po złamaniu w walkach o zmiany. Tu nie ma litości. Pieniądz jest pieniądz. Oddawać trzeba.

No, a skąd się bierze takiego rewolucjonistę? To dość proste. Odpowiednie instytucje już dawno opracowały portret psychologiczny odpowiedniego osobnika. To musi być psychopata co szczegółowo opisał w swojej książce jeszcze w 1906 roku profesor Sikorski zaraz po rewolucji po 1905 roku mając pod ręką materiał do badań. Są i inne źródła głoszące podobne informacje. Dobrze jeśli pochodzi z mniejszości narodowej skonfliktowanej z miejscową ludnością. Musi cierpieć na kompleks żądzy władzy, do jakiegoś stopnia musi być sadystą, mało inteligentny, w pretensjach, obrażony na cały świat, czujący się niedowartościowany i najlepiej nie mający zbyt absorbującego i dochodowego zajęcia.

Jak wiecie Stalin fizycznie zniszczył całą „wierchuszkę” rewolucyjną. On doskonale zdawał sobie sprawę z tego co robi. A co się działo z działaczami rewolucji francuskiej? Powiedzenie: „rewolucja pożera własne dzieci” skądś się wzięło.

Popatrzcie jak teraz autorzy wszelkich zmian się wzajemnie wycinają.

Bierze się kandydata na rewolucjonistę na ten przykład na piwo i tłumaczy mu się jaki jest nieszczęśliwy bo rządzą same paskudy, które nie dają się rozwinąć ani jemu ani jego współobywatelom. Reżim, klika, układy. Trzeba to zmienić żeby wreszcie było lepiej. Oczywiście nie mówi się komu będzie lepiej, kiedy i ilu tych co im ma być lepiej będzie w społeczeństwie. Daje mu się jakiś grosz. Są w końcu jacyś pomocni attache kulturalny i naukowy. Podsuwa się hodowanemu rewolucjoniście jakieś teksty do publikacji w kontrolowanej prasie poza granicami państwa, w którym żyje, zaprasza się go na spotkania do ambasady i deleguje kogoś żeby się z nim kolegował i kontaktował tam gdzie mieszka. Prestiż naszego rewolucjonisty rośnie. Przemyca się do jego kraju trochę bibuły z „jego” wypocinami, które mu nasi specjaliści napisali. Robimy tak żeby się zaczął ukrywać chociaż go nikt nie szuka. No w końcu ma być męczennikiem za sprawę. Rewolucjonista nam rośnie i pęcznieje. Zaraz znajdą się tacy, którzy by się też załapali na profity podobne do tych jakie czerpie ze swojego istnienia „lider”. Przygarnia się i ich. Za chwilę się przydadzą. Już dla nich piszemy role w naszym scenariuszu. Zrobi się z nich partię „polityczną”.

Naszemu przodującemu działaczowi musi się zapewnić odpowiedniego asystenta i ewentualnie tłumacza żeby przypadkiem nie wygłaszał sam tego co we własnym umyśle wykombinuje bo będzie budował drugą Japonię albo rozdawał po 100 milionów. Zapewnia mu się tłumacza na okoliczność występowania na forum. Daje mu się nagrody, tytuły, granty, medale, dyplomy etc. Wygląda jak choinka taki obwieszony, ale rzuca się w oczy.

I najważniejsze JEST cały NASZ.

Teraz trzeba mu zapewnić dwór. Doradcy, pomocnicy, stronnicy, rzesza zwolenników, która uzasadnia, chwali, zapewnia, popiera, naukowo tłumaczy, tworzy teorie. Full serwis.

Za parę różnokolorowych papierków nazbieramy ich ilu nam potrzeba. Pieniądze nie śmierdzą. Zawsze znajdzie się w każdym społeczeństwie sporo sprzedawczyków. I tu nie mylić społeczeństwa z narodem. W sumie inwestycja w skali 35 milionowego narodu rzędu 50 milionów dolarów. Ale co to w porównaniu z zyskami kiedy taki ulepiony rewolucjonista po dojściu do władzy zapewni nam zniszczenie konkurencyjnego producenta w swoim kraju na co trzeba by wydać wiele razy tyle albo sprzeda nam fabrykę wartą 200 milionów za 10, a jego dwór uzasadni, że coś jest warte tyle ile ktoś za to chce zapłacić.

Teraz musimy naszego rewolucjonistę wepchnąć na piedestał i umieścić w elicie rządzącej, a najlepiej zamienić dotychczasową ekipę na naszą już przygotowaną.

Przez dostępne wydawnictwa rozpowszechniane pod stołem, radio i telewizję jeszcze póki co nadające zza granicy przygotowujemy grunt pod wepchnięcie do władzy swoich.

Swoją role muszą tu odegrać organizacje dobroczynne i obrońcy prawa i sprawiedliwości.

Są inne instytucje, które oczekując swojego kawałka pieczeni i będą nas wspomagały w dziele bożym.

Równolegle przygotowujemy dla naszego pupilka plan działania. Wystawiamy go w najbliższych wyborach.

Gdyby nie do końca otumanione społeczeństwo poznało się na „nagim królu” i głosowało nie tak jak chcemy ogłaszamy, że wybory były niedemokratyczne (cokolwiek by to nie znaczyło)

Znajdujemy niezadowolonych i urządzamy protesty, wystąpienia, demonstracje i całą „pomarańczową rewolucję” zgodnie z przygotowanym scenariuszem. Taki cyrk objazdowy sterowany z zagranicy objechał całą wschodnią Europę. Schemat wszędzie jednakowy.

Dobrze jest rządowi, który chcemy zmienić udzielić jakiejś pożyczki i zażądać zwrotu, albo przestać mu coś dostarczać albo przyjmować spłaty tylko w deficytowym towarze, którego brak w kraju.

To dodatkowo podgrzeje nastroje.

A niezależni, opłacani przez nas eksperci będą przez niezależne od rządu mass media wyjaśniali jaki to rząd jest nieudolny i jak gnębi naród bo gdzieś podział mięso i cukier, które najpierw wykupi się na podstawie chytrego kontraktu. Jak by się nie tłumaczyli mają przechlapane.

A nasza ekipa obrasta w pióra.

Mamy już dla naszych protegowanych kukiełek pełny zakres reform do wprowadzenia po dopchaniu się do władzy, napisaną konstytucję i wszystkie najważniejsze kodeksy, przepisy, ustawy, które będą przyjmowali. Pełną parą idzie tłumaczenie i poprawianie błędów ortograficznych i interpunkcyjnych.

Narodowi obiecujemy złote góry i płoty z samej suchej kiełbasy (wyborczej)

No kto nie chce 100 milionów? Tłumaczymy, że zarabiają mało bo u nas za to nie kupią nawet telewizora. Mało ważne, że tu u siebie mogą za to dobrze żyć.

Związkom zawodowym podpowiadamy nieżyciowe żądania. Rządowi radzimy nadrukować pieniędzy. Majstrujemy w ten sposób inflację i niszczymy narodową gospodarkę.

W kolejnych wyborach nasza trupa przechodzi rzecz jasna nie bez pomocy.

Może pod poprzeczką. Ale jest na z góry upatrzonych pozycjach.

Natychmiast nasyłamy na nich swoich doradców, którzy mają za zadanie dopilnowanie wprowadzenia wszystkich przygotowanych przez nas wcześniej ustaw i zneutralizowanie jakiegokolwiek oporu ze strony pozostałych jeszcze względnie przytomnych urzędników z poprzedniej ekipy. Najlepiej zrobić jakąś czystkę i posłać wszystkich, którzy coś jeszcze kojarzą z odpowiednimi etykietkami na margines. A teraz hulaj dusza. Zaczynamy dyskontować nasze inwestycje.

Po przyjęciu stosownych ustaw przejmujemy to co na się podoba za bezcen. Ustalamy rujnujące podatki. Na prowadzących działalność gospodarczą w danym państwie nakładamy embarga na eksport produkowanych towarów do dotychczasowych odbiorców, narzucamy koncesje, których udzielenie wlecze się latami. Dajemy tylko chudym i rudym naraz żeby inni nie dostali. Zrywamy kontrakty na dostawy z dotychczasowymi partnerami. Mają kupować nasze. Gorsze i droższe ale nasze. Utrzymujemy sztucznie wysoki kurs miejscowej waluty aby import był tani, a eksport drogi.

Wynajęci „ekonomiści” będą to uzasadniali i głosili jak to wspaniale, że po reformach państwo ma taką stabilną dużo wartą walutę.

I teraz spokojnie spijamy śmietankę aż wyssiemy wszystko. Potem zostawiamy naszych działaczy niech się sami opędzają od wdzięczności aborygenów. Po to żeśmy im pomogli zmajstrować rozdęte służby i stosowne prawo żeby się sami bronili. A jak im się nie uda? Widocznie się nie nadawali.

Pieniądze, które im się dało na działalność, a część których sobie przyswoili są w naszym banku. Jak co ogłosimy już zbędnych rewolucjonistów „niedemokratycznymi” i zabierzemy swoją kasę.

Zresztą to nadrukowana właśnie na taką okoliczność makulatura mało warta.

I właśnie tak drodzy, szanowni czytelnicy robi się zmiany, rewolucje i przewroty. I po to one są. Żeby było lepiej. Niektórym.

Jak dobrze sprawdzić to w takich Stanach Zjednoczonych, które niektórzy naiwni nadal jeszcze uważają za symbol dobrobytu mieszka kilkadziesiąt milionów ludzi poniżej granicy ubóstwa. Wmawia nam się że tam obywatele mają wszystko. Tylko jedno wszystko ma taki Rockefeller, a inne wszystko ma Smith mieszkający pod mostem w pudle po lodówce.

Jeśli czegoś w otaczającej rzeczywistości jeszcze nie rozumieliście to po zapoznaniu się z opisanymi zasadami powinno już być jasne.

Życzę owocnych przemyśleń.


Stronę robił Ivan Nikolaev

Wszelkie prawa zastrzeżone www.slowianie.org
Wykorzystanie materiałów tylko za zgodą właściciela strony.
Mapa strony